Menu

Matka Wariatka i życiowe smaczki.....

Poważnie i zabawnie o macierzyństwie, życiu, podróżach, urodzie, kosmetykach.... czyli tematyka, która zainteresuje niejedną kobietę :

Najlepiej nie choruj...omijaj szpitale!

nowywymiarzycia

16 kwietnia 2017 roku, dzień po Bożym Ciele wylądowaliśmy na wizycie u naszej pediatry. Niestety mój zewnetrzny głos wiedział że ta wizyta zakończy się źle. Dostaliśmy skierowanie do szpitala. W pierwszym momencie pociekły mi łzy bo pomyślałam czy faktycznie tak źle jest ze zdrowiem Sebka.

Tutaj bez tytułu doktora można było postawić diagnozę... Zapalenie ucha, na dodatek z wysiękiem. Już dzień wcześniej zaniepokoiła mnie wydzielina z ucha na prześcieradle i byliśmy na pogotowiu jednak dostaliśmy recepte na antybiotyk praktycznie bez badania WTF??? Nie jestem zwolenniczką łykania antybiotyków jakby to były dropsy więc nie zrealizowałam recepty.

Od razu z przychodni pojechaliśmy na izbę przyjęć. O dziwo pielęgniarka, która zorientowała się że jesteśmy z dzieckiem przyjęła nas dość szybko, bez czekania pół dnia w kolejce.

Skierowano nas na oddział pediatrii, do części niemowlęcej. Dzieliła sie ona na dwie części: zakaźną i tą gdzie my leżelismy.

Ordynator zbadała Sebastiana, zebrała wywiad i oddała pod opiekę pielęgniarek. Prosto z mostu zapytały czy życzę sobie łóżko (płatne 24 zl). Szczerze to nie zastanawiałam sie nad tym. Zapytały czy karmię (nie- głodzę hehe), więc łóżko należało mi się za free. Oczywiście jedzenie też nie należało się ani mnie, ani Sebkowi (dopiero po 1 roku życia). Rodzic mógł sobie wykupić obiady, jednak ja miałam to szczęście i jedzenie odnosiła mi mama i mój mąż.

Mały miał gorączkę, więc dostał lek przeciwgorączkowy i nastąpiła najgorsza chwila czyli pobranie krwi na badania oraz zakładanie wenflonu... Ile się niuniek ucierpiał to jego, ja niestety musiałam towarzyszyć i go uspokajać. Ciężko było znaleźć żyły, bo położone ma dość głęboko, dodatkowo dość ubite i pulchne ciałko. Na samo wspomnienie ile razy w ciągu tych 10 dni pobytu był podziabany to nogi mam jak z waty. Kłuty był nawet w głowę... Coś strasznego! Po pierwszych badaniach i dawce antybiotyku wrócił mój G z rzeczami dla nas. Nie wiedziałam ile tu będziemy, w każdym razie potrzebowałam

* pampersów, chusteczek nawilżanych

* kosmetyków dla siebie i do pielęgnacji małego,

* pasta i szczoteczka do zębów

 

* ręczników kąpielowych,

* kapci oraz klapek pod prysznic,

* ubrań na zmianę, piżamy i

* oczywiście jedzenia bo umierałam z głodu, dodatkowo woda, herbata i kubek, talerzyk oraz sztućce.

 

* książkę do czytania oraz ładowarka i słuchawki do telefonu

G został z nami do samego wieczora, pomógł w usypianiu. Mogłam dzięki temu spokojnie wziąć prysznic. Pierwsza noc minęła nam nadzwyczaj spokojnie...

Potem niestety było juz gorzej. Weekend zlecial, młody nie gorączkował, dwa razy dziennie dostawał dożylnie antybiotyk. Przeszedł ogółem 3 konsultacje u laryngologa. 

W poniedziałek wstałam z okropnym bólem gardła i gorączka, prawie nie mogłam przełykać. Sebek budził się o 5.30-6.00 rano. Jadł tylko mleko, nie chciał nic innego. Byłam zmęczona, w sali było strasznie gorąco, nie mogliśmy spacerować po korytarzu nawet. Ciężkie to były dni, dobrze że ktoś cały czas mi towarzyszył.

W środe [6 dzień] po kolejnej konsultacji laryngologicznej, kiedy dowiedziałam się że z uszami już w porządku dostaliśmy zielone światło na wychodzenie przed szpital na świeże powietrze. To było jak wyjście z więzienia, od razu czas inaczej mijał. Jednak od lekarki usłyszałam, że zostajemy conajmniej do niedzieli, do końca trwania antybiotykoterapii. Nadzieja upadła i psychicznie zostałam wdeptana w ziemię. Tak bardzo chciałabym juz być w domu. Dla małego pobyt tu nie był taki straszny, ciągle ktoś przy nim był, był w centrum uwagi....ja usychałam jak roślina bez wody.

Kolejne dni mijały, pogoda za oknem byla super. W niedzielę już po 7, tuż po ostatnim zastrzyku,  siedziałam na spakowanych torbach i z niecierpliwością czekałam na przyjazd męża. To było cudowne uczucie opuścić te mury i mam nadzieję, że zbyt szybko ich nie odwiedzę! W domu najlepiej!

20170616_143210

20170617_105015

Komentarze (3)

Dodaj komentarz
  • ameba6

    Hmmm, życzę abyście już nie trafili więcej do tegoż przybytku. Ja robię wszystko, by czasem nie trafić na OCP, bo mam wrażenie, że to więzienie dla ciężarnych. Ale zanosi się na spędzenie tam co najmniej doby przed wywołaniem porodu : (

  • fg2002

    Ta fotka też nadaje się do pokazania, u mnie - tak jak ta.
    - Za domyślną zgodę dziękuję :))

  • nowywymiarzycia

    Życzę żebyś tam jednak nie trafiła oraz szybkiego rozwiązania i dużo zdrowia dla Ciebie i dzieciaka

© Matka Wariatka i życiowe smaczki.....
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci